28 października 2020

Historia mojej cery – po jakim czasie otrzymałam trafną diagnozę?

Hej, z tej strony Magda. W Internecie od ponad pięciu lat funkcjonuję jako Feminine. Z wielką radością zaczynam tym wpisem moją współpracę z Peachee!

Pomyślałam, że na początek opowiem Ci o tym, jak po kilkunastu latach (!) nietrafionych diagnoz i kuracji antybiotykowych, które nie przyniosły rezultatu, tak naprawdę przez przypadek odkryłam, czego potrzebuje moja skóra, a także jakie zbrodnie popełniałam na niej zupełnie nieświadomie. Jeśli tu trafiłaś, to prawdopodobnie jesteś na drodze po zdrową i piękną skórę. Jestem pewna, że znajdziesz tu pomoc, a moja historia mam nadzieję okaże się dla Ciebie inspirująca. Mam 35 lat, a moja nierówna walka o zdrową cerę zaczęła się około 20 roku życia. Jak łatwo policzyć, trwa już około 15 lat. Być może pomyślisz - „Serio nic nie wskórałaś przez 15 lat?! Nie znalazłaś ani jednego lekarza, który postawiłby prawidłową diagnozę i rozwiązał Twoje problemy raz na zawsze?”. Ale tak właśnie było. Odwiedziłam wielu dermatologów, bez skutku, bez trafnego pomysłu na kurację mojej skóry. Paradoksalnie najtrafniejszą diagnozę postawiła przypadkowa kosmetyczka, u której wykonywałam regulację brwi. Jednak nie poszłam za ciosem, zbyłam jej komentarz bo pomyślałam, że przecież ufać należy lekarzom. **Jaka była diagnoza?** Odkąd po raz pierwszy trafiłam do lekarza dermatologa, słyszałam jak mantrę „trądzik różowaty – to będzie z Panią już zawsze, możemy jedynie łagodzić objawy”. Jak? Kuracją antybiotykową i maściami bazującymi na kwasie azelainowym, retinoidach i innych mocno wysuszających składnikach. Wszystko po to, by „pozbyć się” nieestetycznych czerwonych grudek. Mechanizm leczenia schorzenia skóry, jakim jest trądzik różowaty, nie został jeszcze do końca poznany. Często te kuracje zalecane są na chybił-trafił, na zasadzie może pomoże, ale próbować przecież trzeba. **Efekty kuracji? Mizerne.** W moim przypadku nie pomagało. A wręcz pogarszało stan skóry na tyle, że za każdym podejściem przerywałam leczenie. Antybiotyki mocno obciążały wątrobę (z konsekwencjami borykam się do dziś), a maści przesuszały skórę do tego stopnia, że zmuszona byłam je odstawić. Być może te składniki nie były źle dobrane, ale dziś wiem że całość kuracji nie była przemyślana. Nacisk postawiony był na „pozbycie się” problemu, przeciwnika w postaci trądziku różowatego. A myślę, że w walce o piękną, zdrową skórę, nie tędy droga. Nie wystarczy połknąć pigułki i użyć maści, by problemy zniknęły jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki. Co więc pomogło? Przypadek, a może… przeznaczenie? **Gdzie znalazłam pomoc?** W zeszłym roku zaczęłam współpracę z pewnym świetnym miejscem w Warszawie, które nastawione były na holistyczne dbanie o siebie. Niestety wiosenna pandemia wykończyła wiele takich biznesów, również i ten. Szkoda, ale właścicielki wzięły sprawy w swoje ręce i tak jedna z nich otworzyła swój gabinet masażu twarzy. Zapraszała mnie na taki zabieg, ale nie byłam pewna, czy powinnam się zgadzać. Wiedziałam, że masowanie mojej twarzy zawsze kończy się tragicznie – stoi ona w ogniu. Jednak zaufałam jej i poszłam. Teraz wiem już po co. Można nie wierzyć w przeznaczenie, cały ten sprzyjający nam Wszechświat, ja jednak mam głębokie przekonanie, że każdy poznany człowiek staje na naszej drodze po coś. Tyle, że to temat na inny artykuł. W każdym razie, Monika patrząc na moją cerę bez grama makijażu prawie krzyknęła „a co Ty masz z buzią?!”. Sama chciałabym wiedzieć, odparłam. Próbuję to bezskutecznie zdiagnozować od wielu lat, dodałam. I tak dostałam namiary na Gosię, kosmetolog którą Monika zapisaną miała jako „Bogini od twarzy”. To ona jako pierwsza na przestrzeni tylu lat, w końcu postawiła trafną diagnozę i wprowadziła leczenie, które naprawdę przynosi widoczne rezultaty. **Diagnoza i kuracja** Trądzik różowaty, łojotokowe zapalenie skóry z cechami atopii – tak brzmiała diagnoza. Wprowadzone zostało leczenie nastawione na naprawę mocno nadszarpniętej bariery hydrolipidowej skóry. Obecnie raz na dwa tygodnie chodzę na zabieg z probiotykami, mający na celu jej „połatanie”. Początkowo używałam kremu na dzień i maści na noc, obecnie na dzień i na noc stosuję ten sam krem. Mam jego prób kę, nie znam nawet nazwy. Zaufałam Gosi na 100% i opłacało się. Po dwóch miesiącach kuracji widzę ogromną różnicę zarówno w wyglądzie, jak i kondycji mojej skóry. Nie biorę antybiotyków, ani nie stosuję wysuszających maści. Co w takim razie zmieniłam? **Jakie zmiany wprowadziłam?** Kiedy Gosia spytała o moją pielęgnację i uświadomiła mi, jakie zbrodnie popełniałam nieświadomie na swojej skórze, początkowo byłam sceptyczna. Ja coś robię źle? Przecież tyle wiem o pielęgnacji! Może i tak, a jednak swoją skórę traktowałam zupełnie nie tak, jak tego potrzebowała. • Przestałam testować To mój największy grzech popełniony na skórze. Jako blogerka kosmetyczna dostawałam różne produkty do testów. Oczywiście starałam się, by były dopasowane do mojego typu cery, jednak testowałam po prostu za dużo. Moja cera wariowała, nie potrzebowała aż tylu składników aktywnych i przeróżnego rodzaju produktów; peelingów, maseczek, serum. Dlatego stopniowo buntowała się jeszcze bardziej, aż w końcu dała mi jasny sygnał – mam dość! Daj mi odpocząć. Obecnie nie testuję kosmetyków do twarzy. Z żalem, bo kocham nowości, na rynku pojawiają się kolejne cudowne naturalne produkty, a ja muszę obejść się smakiem. Co najwyżej mogę podziwiać buteleczkę, w której zostały zamknięte. Z zapalonej testerki, stałam się przymusową minimalistką, ale ma to swoje plusy. Oszczędność na kosmetykach do twarzy, więcej miejsca w łazienkowej szafce i zadowolone koleżanki, którym oddałam to, czego nie mogę już stosować, a one chętnie skorzystały. **Co zrobiłam, aby poprawić swoją cerę?** • Czytam skład przede wszystkim pod kątem swojej cery Czytanie składu to bardzo przydatna umiejętność. Przez pięć lat nauczyłam się tego całkiem nieźle i na podstawie INCI byłam w stanie ocenić, czy kosmetyk nie zawiera składników, które potencjalnie mogą być szkodliwe i których nie chcę w swojej pielęgnacji. Tylko że patrząc na skład skupiałam się głównie na ocenie: naturalny / nie naturalny. Starałam się dopasowywać je do swojego rodzaju cery, ale to za mało. Teraz wiem, że moim wrogiem numer jeden są olejki eteryczne i większość olejów. **Dlaczego?** - olejki eteryczne są potencjalnie alergizujące, u mnie objawiało się to w postaci zaczerwienienia i swędzenia skóry. Niestety nie wiązałam tego z ich działaniem i stosowałam produkty, które zawierały je w składzie. - w przypadku olejów wydawało mi się że wiem, jakie mi służą – np. olej z pestek róży (nasycony kwasami tłuszczowymi, które zabezpieczają skórę przed utratą wody) czy olej tamanu (zawierający fitosterole, które wzmacniają barierę lipidową skóry oraz łagodzą stany zapalne). Jednak jak się okazało, moja skóra źle je toleruje, ze względu na zaburzony metabolizm. Są one dla niej po prostu za ciężkie i mogą powodować wysyp niedoskonałości. Jedyne dopuszczalne w moim przypadku oleje to migdałowy i z nasion bawełny. Niestety, nie wszystko co naturalne jest dobre dla każdego. W moim przypadku to właśnie powyższe składniki działały na skórę jak płachta na byka. Po odstawieniu kosmetyków z powyższymi substancjami, szybko zauważyłam poprawę- weź proszę pod uwagę, że każdy przypadek jest inny i absolutnie nie sugeruję tym samym, że inne oleje będą złym wyborem dla Ciebie! • Ograniczyłam użycie wody do mycia twarzy To również było dla mnie odkrycie. Myślałam, że stosując delikatne produkty do mycia, nie robię skórze krzywdy, używając w tym celu wody. Bo jak umyć twarz bez jej użycia?! A jednak da się. Mało się maluje, ale kiedy robię demakijaż, używam mieszanki olejków – metoda OCM nie narusza naturalnego płaszcza ochronnego skóry. Świetnie sprawuje się kojący olejek marki Sisi Bee. Więcej przeczytasz o nim na moim [Instagramie][1]. Do porannego mycia oraz do zmycia resztki olejów stosuję niskopieniący żel Eeny Meeny – jest on co prawda przeznaczony do mycia ciała, ale rewelacyjnie sprawdza się również do twarzy. Stosuję do tego minimalną ilość wody i szybko, delikatnie osuszam twarz. Jego recenzja również znajduje się na moim profilu. Zazwyczaj woda nie wyrządza skórze żadnej krzywdy, jednak jej ograniczenie w przypadku atopii może korzystnie wpłynąć na kondycję skóry. • Piję wodę i … oleje! Odpowiednia pielęgnacja to jedno, wspomaganie od środka jest równie ważne dla uzyskania rezultatów. Zbilansowana dieta, nawadnianie i picie olei – to moje sposoby na wsparcie organizmu poprzez układ pokarmowy. Bo to, co widzisz na zewnątrz, to także efekt tego, co wkładasz do środka. Skóra nie odwdzięczy się pięknym wyglądem za byle jakie, nieregularne jedzenie pożywienia o wątpliwej jakości, ze sztucznym składem. Karmiąc się dobrymi rzeczami, tzw. beauty food, dużo szybciej osiągniesz swój cel – piękną, zdrową skórę. Picie olei – np. oleju lnianego pomaga skórze odbudowywać warstwę ochronną, „nasącza” ją od środka nienasyconymi kwasami tłuszczowymi, jest także źródłem witaminy E. Olej ten przeciwdziała wysuszeniu skóry i nadmiernemu łuszczeniu, zmniejsza objawy alergii skórnych (swędzenie, zaczerwienienie). Warto wybierać oleje wysokiej jakości, tłoczone na zimno. **Co wiem dziś?** Dziś rozumiem, że ze skórą nie można „walczyć”. Trzeba ją pokochać, zrozumieć i szukać przyczyn niedoskonałości holistycznie. Być może jej zły stan to odzwierciedlenie problemów hormonalnych, a może przyczyn trzeba szukać w układzie pokarmowym. Zdarza się, że problemy z cerą to wypadkowa kilku przyczyn. Z mojego doświadczenia wynika, że ciężko trafić na lekarza, który patrzy w ten sposób - całościowo. Ja w pewnym momencie odpuściłam dociekanie powodów, dla których moja skóra wyglądała źle. Po prostu wypierałam te problemy, nie widząc już szansy na piękną skórę, godząc się z tym że jest jaka jest i maskując niedoskonałości. Pewnie to był błąd, ale skupiam się na tym, że w końcu, po tylu latach prób i starań, znalazłam efektywną pomoc. Mam nadzieję, że Ty znajdziesz ją tutaj. Jeśli trafiłaś na stronę Peachee to pewnie interesuje Cię temat pięknej, zdrowej skóry. Nie mogłaś trafić lepiej! Holistyczne podejście Martyny jest dokładnie tym, co ja wyznaję, dlatego też z nieukrywaną radością wstąpiłam do #peacheeteam. Do zobaczenia w kolejnym wpisie! [1]: https://www.instagram.com/p/CFsAWvUlt9Q/

Magda (Feminine)

Znajdź mnie >

COPYRIGHTS © 2020 PEACHEE.ME